Nie miałam pojęcia, że reymontowski język był tak żywy. Jego bohaterowie pochodzą z 1899 roku, a mówią prawie jak ludzie nam współcześni. Nieliczne archaizmy nie zakłócają odbioru tego, jak bardzo realne są postaci z tej książki. Sprzeczają się, przekomarzają, drażnią, przekonują, zalecają się, plotkują. Bywają weseli, zniechęceni, namiętni, smutni. To nie przemowy w stylu Wilde'a czy moralizatorstwo Dickensa. To realizm, choć i mocna krytyka wczesnego, polskiego kapitalizmu. Dodajmy do tego umiłowanie szczegółów, wielowątkowość bez chaosu, mocne zarysowanie głównych postaci. Przy tym postacie te mogłyby zaistnieć i dziś, choć w dużo większym stopniu męskie niż kobiece. Kobiet na wyłącznym utrzymaniu mężów czy kochanków jest chyba dużo mniej niż te 126 lat temu. Info dla osób niewidomych: okładka obu tomów utrzymana jest w stylu secesyjnym. Imiona i nazwisko autora, tytuł książki i nazwa wydawnictwa wymalowane są na czarno i wkomponowane w zielono-fioletowo-fuksjową, płynącą ramkę...
bardzo fajne
OdpowiedzUsuńDziękuję pięknie:))
OdpowiedzUsuń